sobota, 9 lipca 2011

8. Clay

Usiadłem przy biurku i wyjąłem dziennik. Otworzyłem go na czystej stronie, jak co dzień. Próbowałem sobie poukładać wszystko, co zapisać.
Mijały godziny, a kartka była nadal biała.
- To bez sensu... - mruknąłem.
Wiedziałem, że dzisiaj nic nie dam rady napisać. Phoebe była bezpieczna w domu z ojcem, nie było sensu jej pilnować. Zresztą pewnie i tak dziewczyna chce mieć trochę prywatności.
Nie miałem co ze sobą uczynić. Jako Anioł, nie spałem. Otworzyłem więc dziennik na pierwszej stronie. Od razu posypały się wspomnienia...
Był rok 1926. 10 kwietnia - moje 17 urodziny... Wszystko pamiętam tak dokładnie... kiedy właśnie pragnąłem o tym zapomnieć...
Rano matka i ojciec złożyli mi życzenia z okazji urodzin. Na nic więcej nie liczyłem. W domu nie dość że było 6 dzieci i rodzice klepali biedę, to jeszcze ja, jako ich najstarszy syn, sprawiałem im najwięcej problemów.
Wyszedłem z domu. Oczywiście, moje urodziny, jak mogłem pomyśleć, żeby do szkoły pójść! To był M Ó J dzień. Mogłem robić co mi się podoba, więc zamiast skręcić w lewą drogę prowadzącą do budy, poszedłem przez miasto, do opuszczonego domu - miejsce spotkań z kumplami, moimi przyjaciółmi, którzy jako jedyni mnie rozumieli. Taki oczywiście był wtedy mój system myślenia. Nie, inni też by mnie oczywiście zrozumieli. Tylko że ja nie dałem im możliwości zrozumienia mnie.
Przywitałem się z kolegami, wśród których była Megan - moja dziewczyna. Od razu wyciągnęli papierosy i alkohol. Zapaliłem, wypiłem jedną butelkę piwa. Drugą butelkę, trzecią, czwartą... Chyba później poszliśmy nad jezioro, bo wiem że znaleźli mnie utopionego. Znalazłem się nagle w białej przestrzeni. Pamiętam, że musiałem poprawić swoje przeszłe życie.
I tak zaczęła się moja wieczność.

1 komentarz:

  1. mmm. fajniutko piszesz kochana ;** N.N.

    OdpowiedzUsuń