piątek, 30 sierpnia 2013

29. Phoebe

Klęczę i drżę z zimna.
- W porządku? - kuca przy mnie Yoshiyo.
Nie jest w porządku.
- Phoebe?
Czuję jak moje ciało drętwieje. Szeroko otwartymi oczami patrzę w przestrzeń. Słyszę swój szybki oddech. Łzy spływają mi po policzkach, palce drżą.
- Nie...
Nagle wszystko ustaje. Upadam na ziemię, głośno szlochając.
- Phoebe!
Yoshiyo trzyma mnie za ramiona i potrząsa mną, podczas gdy ja tracę przytomność.

poniedziałek, 13 maja 2013

28.Clay

O cholera.
- Wstawaj.
Co się dzieje?
- Wstawaj - słyszę znowu.
Otwieram oczy, siadam.
- Nie jestem już taki cierpliwy jak kiedyś, Clay.
Rozglądam się.
- Eh, rusz tyłek! - warknięcie.
Czuję jak ktoś mnie chwyta za kołnierz i szarpie. Wstaję i odwracam się.
I nie dowierzam.
- Richard?!
- Aleś ty głupi, Clay.
- Co ty tu robisz?
- Umarłem - prychnięcie.
Śmieję się cicho.
- Przepraszam. Całkowicie zapomniałem... - rozglądam się - Tak w ogóle, czemu tutaj leżę?
- Huh - Richard pociera brodę - Musiałeś być zmęczony ostatnią misją. Ale wspaniale wyszła, wiesz? Nieźle sobie poradziłeś - klepie mnie po ramieniu.
Uśmiecham się szeroko. Richard był dla mnie jak ojciec. Cieszyłem się, kiedy mnie chwalił.
- No, idziemy - popycha mnie lekko - czas złożyć raport.
- Jasne - przytakuję i doganiam Richarda. Zawsze mnie dziwiło, jak szybko on potrafi iść.

Zatrzymujemy się przy wielkiej, kunsztownie wykonanej bramie. Kiedy tu trafiłem po raz pierwszy, zawsze się nią zachwycałem i dziwiłem, jak pomimo upływającego czasu się nie starzeje - klejnoty na niej zawsze błyszczały równie jasno, a zamki działały bez przeszkód. Później wszystko wytłumaczył mi Richard - w Niebie czas nigdy nie upływa.
Stoimy chwilę przed bramą. Spoglądam na przyjaciela.
- Dlaczego stoimy?
Milczenie.
- Richard?
- Clay - kładzie mi rękę na ramieniu. - Posłuchaj, jesteś moim przyjacielem. Nigdy nie chciałem, żeby coś ci się stało. Uwierz mi. Nigdy. Przysięgałem, że będę cię chronić... - Głos mu się załamuje - Wybacz mi, Clay.
- Ri...chard... o czym ty mówisz?
Odwraca się. Brama się otwiera. Czuję strach, jednak nie mam pojęcia dlaczego.
Jasne światło okala moją twarz. Mrużę oczy.
Widzę Sąd Najwyższy.

sobota, 11 maja 2013

27. Phoebe

Sparaliżowana i głupia.
Bo taka właśnie byłam.
Nie potrafiłam niczego z siebie wydusić. Nie mogłam krzyknąć ani wyszeptać jego imienia. Nie potrafiłam widzieć i myśleć.
Upadam
Ktoś zawołał moje imię i mnie złapał za ramiona.
Co się ze mną działo i gdzie ja jestem?
Otworzyłam oczy.
Łąka?
Głęboki wdech. Tak, z pewnością łąka za miastem. Z oddali słyszę słabo szum samochodów.
Pięknie tu. Zachód słońca, wysoka trawa, świeże powietrze, samochód i płaczący chłopak siedzący na masce...
Płaczący.
Yoshiyo...
Clay.

- NIE! - krzyknęłam głośno. Yoshiyo poderwał się z miejsca, zaskoczony. Błyskawicznie otarł łzy z oczu.
- Phoebe...
- NIE! MUSIMY GO URATOWAĆ!
- Phoebe...
- RATUJMY GO! - krzyknęłam - RATUJMY! MUSIMY COŚ ZROBIĆ... - głos mi się załamał - proszę... Yoshiyo...
Znowu osunęłam się na nogi. W przypływie emocji nawet nie zauważyłam, kiedy wstałam. Teraz czułam się bezradna. Poczułam łzy na policzkach. Mimowolnie zaczęłam się trząść.
- Phoebe... - powtórzył Yoshiyo i niepewnie do mnie podszedł. Usiadł obok mnie i przytulił.
Ciepło.
- Proszę...
- Już już... Wypłacz się... - pocieszał mnie Japończyk.
- Nie... Yoshi... - w odpowiedzi tylko głaskał mnie po włosach.
Mijały minuty i łzy. Słońce zaszło, na niebie pojawiały się gwiazdy. Łzy mijały dalej.
- Yoshiyo - odezwałam się nagle - wstańmy.
Spojrzał na mnie, kiwnął głową i podał rękę. Westchnął, znów na mnie spojrzał i czekał.
- Zróbmy coś. Musimy mu pomóc, Yoshiyo.
- Nic nie zrobimy.
- Musimy - trwałam przy swoim.
- Nie wiemy, gdzie jest.
- Więc go poszukajmy.
- Jak sobie to wyobrażasz?
Zamilkłam. Byłam pewna siebie, lecz w tej chwili bezradność brała górę.
- Przecież musi być jakiś sposób - mruknęłam w końcu.
Prychnął.
Cisza.
- Podziwiam cię - usłyszałam nagle.
- Co?
- Podziwiam cię, Phoebe.
- Dlaczego?
- Bo jesteś silna i się nie poddajesz.
- Przecież jesteś taki sam, Yoshi.
- Kiedy ja straciłem narzeczoną, rozpaczałem przez wiele tygodni, miesięcy... A ty... W kilka godzin tak... - jąkał się - Jesteś silna - powiedział twardo w końcu.
- Yoshiyo...
- Co?
- Dziękuję.

piątek, 15 czerwca 2012

26. Clay

Szybko sprawdziłem czy z Yoshiyo wszystko gra. Odetchnąłem z ulgą, bo Japończyk szybko wstał i uspokajał że nic mu nie jest. Spojrzałem na Phoebe. Ta uśmiechnęła się i powiedziała:
- No to co, dwa za jednym razem! - ucieszyła się - i zapobiegnięcie z tymi narkotykami i odmówienie kradzieży dziennika.
- Chyba jeszcze coś - usłyszałem głos za moimi plecami i aż podskoczyłem.
Za mną stała Elizabeth. Jak zwykle uśmiechała się lekko, ale widać było że jest zadowolona na widok mojego uśmiechu, który pojawił się wraz z radością Phoebe.
- Co się jeszcze udało? - dopytywał się uradowany Yoshiyo.
- No cóż.... - przeniosła spojrzenie na Phoebe - ocena w szkole uległa zmianie.
- Naprawdę?! - dziewczyna roześmiała się serdecznie - No to świetnie! Zostało mi już tylko... - wyciągnęła listę. Jej uśmiech z sekundy na sekundę bladł. - Zostały mi same najgorsze zadania... spójrzcie... pomóc AJowi wyjść z nałogu... zapobiec spaleniu fabryki... jak mam to zrobić?!
Przygryzłem dolną wargę. Chciałbym, żeby mnie teraz przytuliła. Chociaż może to ja powinienem ją przytulić, a nie ona mnie...?
Nagle drgnąłem. Nie podobało mi się to. Coś sprawiło, że nagle stałem się niespokojny. Bardzo niespokojny. Złapałem się za głowę, czując gwałtowny impuls czegoś, czego nie byłem w stanie opisać. Słyszałem tajemnicze głosy, straszne, przed oczami zaczęły migać mi niewiarygodnie szybko obrazy, których nie zdołałem uchwycić. Czułem, jak kolor moich oczu się zmienia. Nie panowałem nad swoim ciałem. Nagle wszystko ustało, jeszcze szybciej niż się zaczęło. A jednak ten ułamek sekundy sprawił, że wiedziałem już co się wydarzy. To wystarczyło, żebym skoczył, zasłaniając Phoebe własnym ciałem i odpychając Yoshiyo. Wystarczyło... Miałem przynajmniej taka nadzieję. Co zobaczyłem? Najpierw Elizabeth. Tak mi się wydaje. Uśmiechała się. Przerażająco. Jej zęby wydłużyły się i zaostrzyły, przypominając rekinie. Oczy zrobiły się czarne. Włosy, zwykle ułożone w wytworny lok opadający na ramię, rozwiały się i zrobiły proste, jakby porażone prądem. Elizabeth w ręku trzymała miecz. Świecił krwisto czerwonym światłem. Być może była to moja krew. Miecz był zanurzony w mojej klatce piersiowej. I to by było na tyle. Co było dalej? Nie pamiętam... Chyba mnie zabili... Chociaż nie, to niemożliwe. Jestem Aniołem... Prawda?

sobota, 8 października 2011

25. Phoebe

Doszłyśmy do schodów. Veronica, która wyglądała na lekko zniecierpliwioną, spojrzała na mnie tym swoim miażdżącym spojrzeniem. Pomyślałam sobie "Boże, jak ja jej odmówię?". Westchnęłam i zaczęłam rozmowę.
- Ver... Wiesz, bo jest taki problem...
- Problem? - w jej oczach już czaiła się wściekłość - Co znowu schrzani...
- Ver! - przerwałam jej szybko, aby nie usłyszeć jej wyklinania - Ogarnij się może, co? Ja nie mam zamiaru ci przemycać dragów.
- Tchórzysz - prychnęła z pogardą
- Może. Ale boję się, że coś ci się stanie... - nie skończyłam, bo Veronica popchnęła mnie i zacisnęła dłonie na moich nadgarstkach. Była w furii.
- GROZISZ MI?!
- Nie! Ver, zrozum, martwię się o Ciebie. Przedawkujesz jeszcze albo...
To się stało w jednej chwili. Veronica zamachnęła się i już miała zadać cios, kiedy powstrzymała ją ręka Claya.
- Dość - powiedział. To coś w jego wzroku sprawiło, że nawet Veronica złagodniała. Dziwne. Ja nigdy, przenigdy nie czułam przed nim lęku.
Dziewczyna wyszarpała się z żelaznego uścisku Claya, spojrzała na mnie dziwnie i pobiegła do wyjścia.
A my staliśmy w ciszy.
- Dziękuję - wyszeptałam, gdyż nie potrafiłam powiedzieć nic więcej. Wbijałam wzrok w podłogę.
- Chodźmy już - odrzekł i zawahał się. Skinęłam głową i ruszyłam w stronę drzwi.
Kiedy byliśmy już na szkolnym parkingu, usłyszałam znajomy głos.
- Phoebe!
Odwróciłam się szybko i uśmiechnęłam się serdecznie, po raz pierwszy od kilku dni. Yoshiyo podbiegł do mnie i mocno przytulił.
- Wszystko gra? - zapytał.
- Tak - chociaż nie wiedziałam, czy do końca - w porządku.
Nagle uświadomiłam sobie, że obok stoi Clay. Oderwałam się od Yoshiyo i znów się do niego uśmiechnęłam. Odwzajemnił uśmiech.Tęskniłam za nim, z czego dopiero co zdałam sobie sprawę. W końcu zmusiłam się i spojrzałam na Claya i już miałam zapytać do dalej, lecz nagle podbiegł do mnie AJ, o którym całkowicie zdążyłam zapomnieć.
- Phoebe, słonko... - zaczął, a ja spłonęłam ze wstydu i ze złości. Znów się zaczyna...
- Nie jestem twoim słonkiem - przerwałam mu stanowczo - czego chcesz?
- Ej ej, wyluzuj, mała. Miałaś iść z nami i zawalić ten dziennik. A tu proszę - spojrzał krytycznie na Yoshiyo - stoisz z jakimiś Chińczykami...
- Zamknij się wreszcie - warknęłam - Yoshiyo nie jest Chińczykiem i nie masz prawa...
Nie zdążyłam skończyć, bo AJ złapał mnie za rękę i pociągnął ze sobą.
- Puść mnie, idioto! - krzyknęłam i zaczęłam się szarpać. Na próżno. Był za silny.
- Ej, puść ją, ty... - Yoshiyo już podszedł do AJa, co było błędem, bo ten od razu powalił go jednym ciosem.
- Yoshiyo!
- Zostaw go w końcu! Idziesz ze mną! Jesteś moją laską!
To mnie wyprowadziło z równowagi. Zdołałam się wyszarpnąć i wściekła wymierzyłam AJowi policzek.
- Nie jestem... twoją... dziewczyną!
Popatrzył na mnie, lecz jego spojrzenie nie wyrażało ani strachu, ani bólu. Podszedł do mnie i złapał za ramiona.
- NIE DOTYKAJ JEJ, MATOLE!
Zjawił się Clay. Jednym ruchem odepchnął AJa, a mnie odciągnął na bok. Pulsowała od niego wściekłość.
- Nie zbliżaj się do niej... bo inaczej cię zatłukę!
- Clay... - zbliżyłam się do niego, a on trochę złagodniał. AJ nadal był zbyt zszokowany, aby wstać i coś powiedzieć. Clay objął mnie jednym ramieniem i wróciliśmy do Yoshiyo. Na szczęście nic mu się nie stało, jedynie z nosa kapała krew. Clay usiadł przy ni i podał mu chusteczkę. Teraz pracowali po tej samej stronie.

sobota, 1 października 2011

24. Clay

Siedziałem tak w aucie, a łzy kapały mi na spodnie. Gdyby nie one, pewnie pobiegłbym za nią, przytulił ją i pocałował, bez względu na wszytko. Tęskniłem za nią. I nie wierzyłem, że ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę. Te zadania... szlag by je trafił. Nie wiedziałem, jak mogę jej pomóc. Wyklinałem się za to co powiedziałem, co zrobiłem.
Siedziałbym dalej bezczynnie w samochodzie, walcząc z własnymi myślami, gdyby nie stukanie w szybę. Otarłem szybko łzy, chociaż i tak nic to nie dało, bo osoba pukająca w szybę pewnie od dłuższego czasu już mi się przyglądała. Podniosłem wzrok i ujrzałem nikogo innego, jak Yoshiyo. Wysiadłem z samochodu i oparłem się o samochód. Japończyk wpatrywał się we mnie z uwagą. W końcu odezwał się.
- Gdzie jest Phoebe?
Nie umiałem do końca odpowiedzieć na to pytanie, więc odparłem tylko:
- W szkole. Robi zadanie.
- Aha... - zastanowił się. - A czy ty nie powinieneś jej pomóc?
Milczałem.
- Eh... Clay, czy jej się uda? - zapytał nagle po dłuższej chwili milczenia. Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem - Czy jej się uda zrobić wszystkie misje?
Znów milczałem.
- Cholera, Clay! - prawie krzyknął Yoshiyo - Czy ty naprawdę myślisz, że gdy zawiesisz głowę i będziesz się martwił o Phoebe to wszystko się ułoży? Czy myślisz że to najlepsze, co mógłbyś jej ofiarować? Pomyśl! Nic ci to nie da. Musisz być silny, Clay. Zrób coś! Tylko ty możesz jej pomóc!
Podszedłem do niego i wlepiłem w niego wzrok. W jego oczach widać było lekki strach, lecz nie odwrócił wzroku. Położyłem mu rękę na ramieniu.
- Dziękuję - powiedziałem i odwróciłem się, aby poszukać Phoebe. Aby jej pomóc.
Znalazłem ją przy drzwiach do klasy. Najwyraźniej czekała na koniec lekcji. Stanąłem obok niej. Drgnęła. Nie odwróciła głowy, by na mnie spojrzeć. Nie musiała. Staliśmy tak, aż zadzwonił dzwonek szkolny.
- Widzisz mnie tylko ty - szepnąłem jej do ucha i się odsunąłem. Zauważyłem, że kiwnęła głową.
Z klasy wypływała fala licealistów cieszących się z końca zajęć szkolnych. Phoebe dołączyła do jednej z uczennic. Koleżanka Phoebe była niewiele od niej wyższa, miała krótkie, czarne włosy. W ogóle to cała była ubrana na czarno. Obie dziewczyny poszły w kierunku schodów, a ja za nimi. Doszliśmy do schodów ewakuacyjnych z których nikt prawie nie korzystał; idealne miejsce na tego typu rozmowę, która miała się niebawem odbyć.

23. Phoebe

Nie mam pojęcia jak dotarłam do pokoju i jak udało mi się przebrnąć przez rozmowę z ojcem. Był wściekły, że znowu się pogarsza moje zachowanie, ale ja wiedziałam że po prostu się o mnie martwił, co nie było dziwne; nie było mnie przecież w domu 2 dni! W końcu wytłumaczyłam mu że miałam drobny wypadek i że nic mi się nie stało. Nie wiem, czy uwierzył. W każdym razie mogłam pójść do pokoju i rzucić się na łóżko. Myślałam że od razu zasnę, lecz moją głowę zaprzątał potok myśli, w tym ta nie dająca mi spokoju od rana - mam tylko 48 godzin życia! W końcu, po długich rozmyśleniach, zasnęłam.
Gdy obudziłam się następnego dnia, na początku nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem. Zabawne; nie było mnie w domu zaledwie jedną noc a już się odzwyczaiłam od turkusowych ścian mojego pokoju. Postanowiłam od razu wykonać 3 punkt zadań - odmówienie przemytu narkotyków. Wiedziałam że to nie będzie łatwe. Zerwałam się z łóżka, szybko doprowadziłam się do porządku i zeszłam na dół. Już miałam otwierać drzwi i nagle...
- Phoebe!
No nie! Westchnęłam i odwróciłam się na pięcie. Zupełnie zapomniałam o tacie!
- Słucham? - zapytałam z założonymi rękoma. Ojciec był już czerwony na twarzy.
- To ja o to pytam! Mów, gdzie znowu się wybierasz!
- Oj tato... - jęknęłam.
- Co tato? Co tato?! Zostajesz w domu! Znowu znikniesz na dwa dni! Co ja mówię, na jakie dwa dni! Teraz zaszalejesz i może na tydzień? - krzyczał. Dawno nie widziałam go w takim stanie.
- Tato, posłuchaj mnie - wtrąciłam, choć nawet nie wiem po co, bo jak umilkł to w ogóle nie wiedziałam co mu powiedzieć. - Tato... To jest za trudne do zrozumienia... Nawet jakbym potrafiła, to bym i tak nie mogła ci tego wytłumaczyć. Po prostu zrozum że muszę zrobić coś ważnego i mnie wypuść.
Nie czekając na jego odpowiedź wybiegłam z domu, zostawiając ojca z kamienną twarzą. Biegłam do szkoły najszybciej jak potrafiłam. Nagle usłyszałam głos za sobą. Cholera, znowu ktoś mnie zatrzymuje. Odwróciłam się i już miałam walnąć tekstem "nie mam teraz czasu!".  Jednak zaniemówiłam. Przede mną, twarzą w twarz stał Clay.
- Podrzucić cię? - zapytał. Za jego plecami stał jego niesamowicie czarny kabriolet.
Miałam wielką chęć mu odmówić i uciec jak najdalej od niego. Po tym, co powiedział. Ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie że czekają mnie jeszcze zadania, a Clay, czy tego chcę czy nie, ma mi w nich pomóc.
- Tak... Dzięki - odparłam i odwróciłam głowę. Nie mogłam już wytrzymać jego wzroku, nie mogłam patrzeć na te piękne, niebieskie oczy. Zbierało mi się na płacz, kiedy tak myślałam, więc szybko wsiadłam do samochodu Claya.
Usiadł na miejscu kierowcy i odpalił samochód. Jechaliśmy, a wnętrze samochodu wypełniała cisza, przerywana tylko odgłosem silnika. Gdy dotarliśmy pod szkołę, złapałam się na tym że nie chcę wysiadać z samochodu, nie chcę go opuścić! Siedziałam jak sparaliżowana, wpatrując się w przednią szybę.
- Clay... - odezwałam się w końcu. Poczułam jego spojrzenie. Już miałam coś powiedzieć, ale z prawego oka popłynęła łza. Wysiadłam szybko z samochodu i pobiegłam do szkoły, po drodze ocierając łzy z policzków. Nie wiedziałam, czy Clay za mną biegnie, czy w ogóle wysiadł z samochodu, ale wiedziałam tylko jedno. Nie chciałam, żeby zobaczył moje łzy. W tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go brakuje.

sobota, 17 września 2011

22. Clay

Kurde...
Wyszedłem przed posiadłość Elizabeth z mętlikiem w głowie. Tego dnia nie było słonecznie; słońce schowało się za gęstą warstwą szarych chmur. Nie wiedziałem co zrobić. Wskoczyłem na pobliskie drzewo.Teraz byłem na wysokości dachu domu Elizabeth. Usiadłem na niezbyt wygodnej gałęzi i oparłem głowę na korze drzewa, czując na twarzy zimny podmuch wiatru. Zamknąłem oczy. "Kurde..." powtórzyłem w myślach. I co teraz? Phoebe nie chce mnie znać, zresztą nie dziwię jej się. Kiedy zacząłem się zastanawiać jak w końcu mógłbym z nią porozmawiać i wszystko wytłumaczyć, nagle uświadomiłem sobie jedną rzecz.
Wstałem z gałęzi i stałem na niej jak sparaliżowany. W głowie miałem pustkę. No tak.To proste. Przecież lepiej się stało. Jestem Aniołem. A ona człowiekiem. I nie bez powodu wszyscy mnie ostrzegali przed związkami z ludźmi. Znałem paru takich, co na to poszli. Już nigdy ich nie zobaczyłem. Zapomniałem, po co zeszedłem na ziemię, skupiając się tylko na niej. Na Phoebe.
- Złaź na ziemię, chłoptasiu - z myśli wyrwał mnie głos Elizabeth. Spojrzałem w dół. Tym razem ubrała się w miarę normalnie; pierwszy raz założyła luźną koszulkę i jeansy. Oczywiście nie zapomniała o modnych dodatkach.
Zeskoczyłem z drzewa lądując tuż przed srebrnym volkswagenem. Spojrzałem na Elizabeth.
- A więc?
- A więc co? - popatrzyła na mnie ostro. Za jej plecami zobaczyłem Phoebe. Nie patrzyła się w moją stronę, odwracała wzrok. Zauważyłem, że Yoshiyo dość często na nią patrzy. - Odwozisz Phoebe do jej domu. Yoshiyo u niej zostanie, później sam zdecyduje, co ze sobą zrobi.
- A ty? Jest tylko jeden samochód. A przecież nie jedziesz z nami.
- Czy myślisz że potrzebuję samochodu żeby się przemieścić? - zapytała drwiącym tonem i po chwili zniknęła w cytrynowym obłoku zostawiając mnie z Phoebe i Japończykiem w ciszy i napiętej atmosferze. Po kilku sekundach skinąłem głową na samochód i usiadłem za kierownicą. Czekałem. W końcu i Phoebe, i Yoshiyo usiedli na tylnych siedzeniach. Powstrzymałem się od głębokiego westchnięcia i przekręciłem kluczyk w stacyjce.

21. Phoebe

- Ani trochę nie obchodzi mnie to co tu robisz, ani czego chcesz. - powiedziałam mu prosto w twarz.
- Phoebe, daj mi wytłumaczyć. - Clay wyglądał jakby szczerze chciał przeprosić. - Ja...
- Daj spokój. Masz rację, nic między nami nie było. Ani ja ciebie, ani ty mnie nie obchodzisz. - przerwałam mu.
- To o to ci chodziło ! Powiedziałem to, bo... - Clay nagle zamilkł.
- Bo to prawda ! - krzyknęłam. - Daj spokój... - zamknęłam mu drzwi przed nosem.
- Phoebe ! - krzyknął jeszcze za mną.
Obróciłam się na pięcie i usiadłam na łóżku. Po jakimś czasie usłyszałam, że odchodzi. Pomyślałam chwilę, po czym wstałam i wyszłam z pokoju. Na korytarzu spotkałam Elizabeth.
- Pakuj się... - powiedziała krótko i poszła dalej.
- Co ?
- Zostały ci dwa dni na wykonanie wszystkich misji.
- Co ?!
- Lepiej zacznij już dzisiaj.
- Dwa dni ?!- To nie mogło się dziać na prawdę. Właśnie usłyszałam wyrok śmierci. Zostały mi dwa dni życia. Uda mi się jeśli... zdarzy się jakiś cud ! - Czemu nikt mi nie mówił, że zostało tak mało czasu ?!
- Właśnie przed chwilą to powiedziałam. No... raz raz.
Odwróciłam się wściekła i poszłam do pokoju Yoshiyo.
- Zbieraj się. Wracamy do pracy.
- Co się stało, Phoebe ? - Yoshiyo wydawał się zaskoczony.
- No w sumie to nic, oprócz tego, że zostały mi dwa dni, życia, a Clay uważa, że coś do niego czułam
- A nie czułaś?
- Nie, nigdy.

piątek, 9 września 2011

20. Clay

Zmieszałem się. Co jej się stało? Wiem, że była zmęczona, pewnie nie wiedziała co zrobić po moim naskoku na Yoshiyo... Nie wiem jak i skąd, ale wiedziałem że jednak nie zareagowałaby w ten sposób. Spojrzałem podejrzliwie na Elizabeth i ujrzałem na jej twarzy chytry uśmiech. Powstrzymałem się od kolejnego zresztą wybuchu złości, który - jak sobie uświadomiłem przed chwilą - zdarza mi się ostatnio za często. Odetchnąłem głęboko i usiadłem naprzeciwko Elizabeth.
- Co jej nagadałaś? - zdecydowałem się na stanowczy ton, choć nie byłem do końca pewny, czy on ją przełamie do powiedzenia w końcu prawdy. Nigdy nie byłem do końca pewny.
- Ja? - zdziwiła się - Niby czemu ja miałam cokolwiek jej mówić? Lub przynajmniej na n i ą?
Zapadło milczenie, w którym szukałem słów, które pomogłyby mi w rozmowie. Lecz to ona pierwsza przerwała ciszę.
- Clay... widzę przecież napięcie między wami. Nikt mnie nie przekona co do waszych kłamstw które we mnie próbujecie wcisnąć - mówiła szybko i bez zająknięcia - Czemu aż tak bardzo wam zależy, aby to ukryć przede mną?
- Słucham? - spojrzałem na nią twardo. Taak, nie ma to jak pójść do Elizabeth z tajemnicą przez którą można pójść do Czarnego Wymiaru...
-  Posłuchaj - zaczęła łagodnie, kładąc dłoń na mojej - Pamiętasz? Zawsze trzymaliśmy się razem - już otwierałem usta aby zaprzeczyć, lecz nie zdążyłem przed potokiem kolejnych słów Elizabeth, więc ograniczyłem się do powątpiewającego uśmiechu - I nigdy nie zdradziłam, że schodziłeś na ziemię bez pozwolenia...
-  Raz - wtrąciłem szybko - kiedy prosiłaś mnie, abym przyjrzał się Marcusowi...
- Dawno, Clay. I nie drążmy tego tematu -  w jej oczach pojawiło się na chwilę coś, czego nie mogłem opisać. Widziałem to już kiedyś. Zawsze tak reagowała na wspomnienie o Marcusie. O mężczyźnie, którego kochała przed  śmiercią, lecz nie miałem pojęcia, czy po niej również.-  Próbuję ci wytłumaczyć, że na mnie możesz zawsze liczyć.
- Nic mi nie musisz tłumaczyć. Wiem dobrze, co o tobie sądzić.
Wstałem i poszedłem do drzwi. Zatrzymałem się przy progu, słysząc głos Elizabeth.
- Ucieczka przed niczym cię nie uchroni, Clay. Nawet tą przed rozmową. Ty zawsze uciekasz, Clay.
Stałem tak przez ułamek sekundy. W końcu wyszedłem na korytarz i skierowałem się do pokoju Phoebe. Jak ostatnim razem, zatrzymałem się przed drzwiami. Podniosłem rękę, by zapukać. Wstrzymałem się. Opuściłem rękę i znów podniosłem. Zdenerwowałem się na samego siebie. Wciąż się waham, nie potrafię podjąć żadnej decyzji. W moich uszach zabrzmiało słowo "uciekasz". Zdecydowałem i już miałem zapukać, gdy drzwi otworzyły się. Stała w nich Phoebe.

19. Phoebe

Wróciłam do swojego pokoju w lepszym stanie. Znowu, ta okropna biel, uderzyła mnie w oczy. Opadłam na łóżko i prawie w tym samym czasie zasnęłam. Prawdopodobnie ze zmęczenia.

Otworzyłam oczy. Było jasno i słonecznie. Głowa już tak bardzo mnie nie bolała, ale miałam zupełnie zaschnięte usta. Musiałam się czegoś napić. Nie wiedziałam co robić. Kuchnia była pusta, to odpada. Nie wiedziałam gdzie jest pokój Elizabeth i w najmniejszym stopniu nie interesowało mnie gdzie jest i co robi teraz Clay. Czy Yoshiyo może teraz mi pomóc ? Wątpię. Odetchnęłam głęboko. Wstałam i przejrzałam się w lustrze. Od razu pożałowałam. Moje oczy były spuchnięte i szkliste, włosy potargane a cerę miałam tak bardzo bladą, że prawie przezroczystą. Wyszłam do holu. Tam spotkałam Elizabeth.
- Dzień dobry, wiewiórko. Jak się spało ? - Od razu przywitała mnie tym przemiłym głosem.
- No cóż, nawet dobrze. - Nie ukrywałam niechęci do niej. - Mogłabym się czegoś napić ?
- Oczywiście. Wina ? - Spytała, znając odpowiedź.
- Wolałabym wodę. Jeśli można.
- Tak, tak. Chodź za mną.
Poszłyśmy do kuchni. Elizabeth sięgnęła do lodówki i wyjęła z niej butelkę wody. Ale przecież, kiedy ja szukałam... Nieważne, teraz już chyba mało co może mnie zdziwić. Wypiłam dwie szklanki pysznej, chłodzącej wody i nalałam sobie trzecią. Elizabeth siadła naprzeciwko mnie przy stoliku. Położyła na nim również talerz tostów z nutellą. Bardzo je lubiłam.
- To jak, wiewiórko ? Jak tam z tobą i Clayem ? - Na jej twarzy pojawił się chytry uśmiech. nie spodobało mi się to.
- Nie wiem, o czym mówisz. Nic między nami nie ma i dobrze o tym wiesz.
- No właśnie myślę inaczej, ale... jak tam chcesz.
Zapadła cisza z której byłam zadowolona. Mogłam jeść spokojnie tosty.
- Szczęście chyba się ciebie nie trzyma, no nie? Mam wrażenie, że nie wykonasz tych zadań. Chociaż, oczywiście, trzymam kciuki. To jednak bardzo trudne, musisz się postarać. Jesteś inteligentna i sprytna, po co marnować szansę poprzez zakochiwaniu się w jednym z n a s. Może mi wytłumaczysz ?
Już miałam jej odpowiedzieć, gdy do kuchni wszedł Clay. Uśmiechnął się fałszywie i otworzył usta chcąc coś powiedzieć. wtedy wzięłam talerz tostów, wstałam i wyszłam.

środa, 31 sierpnia 2011

18. Clay

Miałem dość tej rozmowy. Opuściłem hol zostawiając Elizabeth samą. W mojej głowie pulsowała wściekłość.Musiałem się jak najszybciej opanować. Ruszyłem szybkim krokiem ku drzwiom balkonowym. Wyszedłem na chłodny dwór, oparłem się o białą, marmurową poręcz i zrobiłem kilka głębokich wdechów.
Świerze powietrze zadziałało na mnie jak mocna mięta; oczyściło mi umysł i po kilku chwilach mogłem już racjonalnie myśleć.
Nie powinienem tak nazwać Phoebe, nawet jeśli to było dla dobra nas obojga. I co z tego, że chciałem zatuszować to, co się między nami wydarzyło. Mogłem to zrobić inaczej, wytłumaczyć spokojnie... "Teraz dobrze powiedzieć" pomyślałem ze złością. Było minęło, nic nie można na to poradzić. Wiedziałem że Elizabeth i tak nie nabrała się na tą gierkę. Znów poczułem złość napływający wraz z nurtem myśli. Odgoniłem je wszystkie, pozostawiając trzeźwy umysł. Teraz trzeba się skupić na tym, na czym trzeba było na samym początku. Misje Phoebe. Wierzyłem, że przez ostatnie wydarzenia o tym nie zapomniała.
Postałem jeszcze chwilę na balkonie po czym wycofałem się do domu, o wiele spokojny niż kiedy wchodziłem do niego poprzednim razem. Chciałem znaleźć najpierw Phoebe, ale zrezygnowałem szybko z tej opcji. Była wyczerpana, musiała odpocząć i pewnie tak samo jak ja - wszystko przemyśleć.
Nie wiedząc, dokąd się teraz udać, przystanąłem na chwilę w holu.Ta chwila wystarczyła, aby usłyszeć jej płacz. Przeniosłem wzrok na drzwi Yoshiyo, słysząc każdą łzę płynącą po jej policzku. Nie zastanawiając się, zerknąłem przez dziurkę od klucz do pokoju.
Zobaczyłem Phoebe wypłakującą się na torsie Japończyka. On obejmował ją, jakby jej ramiona były z diamentu. Rude włosy Phoebe były potargane, a piękne, zielone oczy kleiły się od łez. Serce skurczyło się z rozpaczy na widok tej sceny. Nie mogłem już znieść jej widoku, odszedłem więc bezszelestnie do tyłu.
Nawet nie wiem jak znalazłem się w swoim pokoju. Usiadłem na łóżku i przez dłuższy czas wpatrywałem się w przestrzeń, lecz uznałem w końcu to za bezsens. Dostrzegłem w kącie pokoju odtwarzacz muzyki. Włączyłem piosenkę Papa Roach i w samotności wsłuchiwałem się w ostre nuty utworu. W głowie nie miałem już mętliku. Panowała tam pustka.

17. Phoebe

Pokój, który wskazała mi Elizabeth był cały biały. Wszystko, dosłownie wszystko było tu białe. Dywan, mały stolik i fotel, łóżko oraz pościel, firanki. Szczerze mówiąc, niezbyt mi się to podobało. Usiadłam na łóżku. Po pierwsze, nie wiedziałam, gdzie jestem. No bo wyobraźcie sobie moją sytuację, wiesz tylko, że za dużo tu białego. Głowa przeraźliwie mnie bolała. Strasznie zaschło mi w gardle. Wstałam i cicho otworzyłam drzwi. Wyszłam do holu,do którego się ''prze teleportowaliśmy''
-...ją. Kochasz ją, Clay. - Elizabeth dosyć głośno rozmawiała z Clayem.
- Nie, to nie tak. Próbuję ją po prostu do nas przekonać ! Ta ruda nic dla mnie nie znaczy. Jest N I K I M - Odpowiedź Claya sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. Nie widzieli mnie, nie wiedziałam co robić. W oczach pojawiły mi się łzy i nic już nie widziałam. Byłam pewna, że mówi o mnie. Skręciłam korytarzem w prawo i znalazłam kuchnię. Oparłam się o blat. Nie wiem nawet, dlaczego płakałam. Przecież rzeczywiście nic między nami nie było. Nie znalazłam w lodówce nic do picia, w szafkach też niczego nie było. Kuchnia wyglądała jakby nikt tu nie mieszkał. I była równie biała jak sypialnia. Skierowałam się do pokoju, w którym najprawdopodobniej był Yoshiyo. Wytarłam łzy i wzięłam kilka głębokich wdechów.
Zapukałam do drzwi.
- Wejdź, Phoebe.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? - Uśmiechnęłam się zaskoczona.
- Wydajesz się... Jesteś tu najmilsza i chyba tylko ciebie obchodzi to, że zupełnie nie wiem gdzie jestem i co robić.
- Nie martw się, ja wiem prawie tyle samo co ty. - uśmiechnęłam się znów, tym razem smutno. - Ale mogę opowiedzieć ci wszystko co wiem.
No i opowiedziałam mu, o liście z tym, co mam zrobić, zaczynając od mojej ''śmierci'' i wytłumaczyłam mu mniej więcej kto to jest Elizabeth i Clay.
- To może teraz ty mi opowiesz, gdzie jechałeś i czy ktoś na ciebie czeka?
- Tak, nie miałem czasu, żeby to wytłumaczyć. - Yoshiyo wyglądał już trochę lepiej. - Jechałem do domu, w którym nikt na mnie nie czekał. Moja dziewczyna, a właściwie już narzeczona zginęła zaraz po oświadczynach. Nie wiem co się stało. Byliśmy nad jeziorem i spędzaliśmy miło czas, ciesząc się zaręczynami... - coraz trudniej przychodziło mu opowiadać. Tak bardzo chciałam mu pomóc. - ... Zasnęliśmy na plaży... Bo to jest prywatne jezioro mojego dziadka. Obudził mnie krzyk Katie. Kiedy wstałem, było ciemno i nie wiedziałem, gdzie jest. Nie było jej obok. Ktoś uderzył mnie w głowę i straciłem przytomność. Zadzwoniłem na policję. Zaczęli śledztwo, ale na razie nic nie znaleźli. Wracałem do domu. I dalej już wiesz, co się działo.
- Tak bardzo chciałabym ci pomóc. - Mówiłam to, co myślałam. - Jestem pewna, że ona się znajdzie.
- A ja jestem pewny, że uda ci się wykonać zadania.  Przepraszam, że się ci tak zwierzam, ale myślę, że jesteś dobrą osobą i...
Przytuliłam go i się rozpłakałam. Yoshiyo po chwili odwzajemnił uścisk.

wtorek, 30 sierpnia 2011

16. Clay

Powietrze wypełnił zapach cytryny i jasno żółtego obłoku. Pojawiła się Elizabeth, po której było widać... cóż, właściwie nic nie było widać bo jak zwykle kombinowała z modą. Tym razem na głowie miała kapelusz z wielkim rondem, a twarz przykrywała koronkowa chusta.
- Witajcie, moi drodzy - powitała wyrafinowanym głosem. Spojrzałem na Yoshiyo, którego wyraz twarzy  mówił  "Już po nas". - Kłopoty?
- Tak, Elizabeth - powiedziała Phoebe zanim zdążyłem otworzyć usta. Jakby przeczuwała, że muszę jeszcze mieć trochę czasu, aby się uspokoić - Potrzebujemy pomocy, zresztą to widać na pierwszy rzut oka - z pewnością miała na myśli przepołowiony samochód pod drzewem i rozbite auto naszego nowego znajomego.
Elizabeth zamyśliła się na chwilę, po czym zapytała:
- Czy wszyscy cali?
- Tak, Clay wszystkim się zajął. Najgorzej jest chyba z Yoshiyo - wskazała głową na Japończyka - Jest w lekkim szoku, tak myślę. W końcu to wszystko się działo tak szybko... - nic nie wspomniała o moim wybryku.
- Rozumiem - powiedziała Elizabeth po chwili ciszy.
- Co teraz?
- Zabieram was stąd.
Nikt nie zdążył drgnąć, a znaleźliśmy się w jej wielkiej willi. Wskazała Phoebe i Yoshiyo dwie sypialnie, a mnie wzięła na bok.
- Chyba wiem, co tam mogło się zdarzyć - powiedziała, miażdżąc mnie spojrzeniem. Milczałem. Nie dawała za wygraną. Mówiła dalej - Clay, nie musiałeś się tak wydzierać. Wiem z doświadczenia że wystarczy kiedy siedzisz cicho, a później coś palniesz. Wtedy wszyscy lądują pod stołem. A czemu tak nie było tym razem? - Potraktowałam to pytanie jako retoryczne i nie miałem zamiaru na nie odpowiedzieć. Teraz w ogóle czułem się urażony, ostatecznie Elizabeth traktowała mnie w tym momencie jak uczniaka - A ja wiem. Kochasz ją. Kochasz ją, Clay.

piątek, 26 sierpnia 2011

15. Phoebe

Yoshiyo. Był nawet przystojny. Jak na niego patrzyłam, przypomniały mi się kiepskie kreskówki anime, które leciały w telewizji gdy byłam mała. Nigdy ich nie lubiłam, ale czasami z nuda zmuszała mnie do oglądania ich. Teraz patrząc na niego oceniałam sytuację. Wyglądał na przerażonego... Na pewno był przerażony. Jego samochód leżał rozbity, natomiast czarne cudo Clay'a, do połowy wgniecione spokojnie stało w drzewie. Samochód nie nadaje się do niczego. Czułam lekkie zawroty głowy, po magicznym uzdrowieniu Clay'a. Japończyk czuł się pewnie jeszcze gorzej. Zastanawiałam się też, czy Clay umie sprawić, że Yoshiyo zapomni. Wszystkie te zdarzenia strasznie mnie przytłaczały. Najchętniej poszłabym spać i o wszystkim zapomniała. A do tego byłam zła na Clay'a. Jak on mógł się tak zachować ?! Jak mógł... Nie znałam go od tej strony. Jest dla mnie tajemnicą i jak tylko będziemy mieli chwilę, mam zamiar wszystko z nim wyjaśnić.
Odgarnęłam do tyłu, długie, przeszkadzające włosy i stanęłam obok Yoshiyo.
- Na pewno nic ci nie jest ?
- N... nie. Przecież on... co on zrobił ?! - Yoshiyo był przestraszony, ale za wszelką cenę próbował się opanować. - Już nic mi nie jest...
- Clay - nawet na niego nie spojrzałam - chyba ty powinieneś mu wszytko wyjaśnić. Załatwić jakiś transport, albo wezwać karetkę. Ja nie mam pojęcia, co robić.
To była prawda. Usiadłam na trawie. Wpatrzyłam się w czubki butów i myślałam o tym jak mi ciężko. Miałam jeszcze tyle spraw do załatwienia. Tyle punktów na tej cholernej liście. Czułam na sobie wzrok obu chłopaków. Nie wiedziałam jak się zachować, więc patrzyłam nadal na końcówki butów.
- Elizabeth ? - usłyszałam głos Clay'a. - Tak, przyjedź po nas.... Mamy mały problem.... Opowiem ci później.
Wyglądał jakby gadał sam do siebie, ale domyśliłam się, że to telepatia. Chciałam powiedzieć o tym Yoshiyo, ale zdecydowałam, że nie mam na to siły.

środa, 17 sierpnia 2011

14. Clay

- Co za...
Co za głupek w nas walnął?! Samochód uderzył w drzewo i prawie złamał na pół. Mi oczywiście nic nie było - byłem nieśmiertelny. Szybko wysiadłem z wozu i wyciągnąłem z niego Phoebe. Była nieprzytomna i miała rany, pewnie nie tylko te, które widziałem.Ucałowałem ją w czoło, co sprawiło zniknięcie wszystkich obrażeń i położyłem delikatnie na trawie.
Wstałem i odwróciłem się. Okazało się że sprawcą wypadku był jakiś chłopak, Japończyk najwyraźniej. Miał okulary, był raczej niższy ode mnie. Po czole spływała mu strużka czerwonej krwi. Był przerażony.
- Przepraszam! - zawołał.
Ruszyłem ku niemu z wściekłą miną. Wiedziałem, że chłopak nie chciał spowodować wypadku, ale nie obchodziło mnie to w tej chwili. Byłem po prostu zły!
- P - Przepraszam - wyjąkał, kiedy stanąłem przed nim. Wyglądał na takiego, co mógłby teraz nawiać, gdyby nie nogi wrośnięte ze strachu w ziemię.
- Kto ci dał prawo jazdy? - wycedziłem przez zęby.
- Jaa... przepraszam... naprawdę j - ja nie... - przerwał kiedy złapałem go z przodu za koszulę. Oczy mu się rozszerzyły. Nie mogłem już wytrzymać.
- MOGŁEŚ WSZYSTKICH POZABIJAĆ!!! - wykrzyczałem mu w twarz - CO TY SOBIE W OGÓLE MYŚLAŁEŚ, GÓWNIARZU! MYŚLISZ, ŻE UJDZIE CI TO PŁAZEM?! TY...
- Clay!
Na ten głos puściłem przerażonego chłopaka, a ten osunął się na kolana. Powoli się odwróciłem. Było mi wstyd, że byłem bliski zrobienia jatki przy Phoebe. Boże, co ona teraz o mnie pomyśli...
- Clay... - powtórzyła. Nie byłem zdolny spojrzeć jej w oczy. W końcu podniosłem wzrok.
Twarz Phoebe wyrażała głęboki szok. Minęła mnie i podeszła do tego chłopaka.
- Wszystko w porządku? Jak masz na imię?
- Tak...jestem Yoshiyo - nadal miał roztrzęsiony głos, ale nie byłem pewny czy ze strachu czy z powodu pięknej twarzy Phoebe.
Zapadła cisza. W końcu po kilku minutach odwróciłem się do nich i zobaczyłem, że Phoebe wlepia we mnie wzrok. Zrozumiałem, o co chce poprosić. Podszedłem do Yoshiyo. Phoebe drgnęła; chyba nie była pewna, co chcę zrobić. Przyłożyłem mu rękę do czoła. Krew przestała płynąć, pozostała tylko zaschnięta w niektórych miejscach.
- Wybacz - mruknąłem w końcu - nie powinienem aż tak się wściec.
Kiwnął głową. Wiedziałem, że się mnie bał. Spojrzałem na Phoebe i czekałem na dalsze instrukcje.

niedziela, 24 lipca 2011

13. Phoebe

Weszliśmy na werandę domku babci. Poczułam się jak mała dziewczynka. Bałam się, szczerze mówiąc, bałam się reakcji babci. '' Ciekawe czy mnie pozna ?'' myślałam.
- Clay, będziesz widzialny ? - byłam ciekawa. To pierwszy raz kiedy odezwałam się do niego od momentu... no tego momentu.
- A chcesz ?
- Tak, byłoby mi raźniej. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Ok.
Zapukałam cicho do drzwi. Po chwili otworzyła nam moja babcia. Ubrana w liliowy sweterek i kwiaciastą spódnice. Tak bardzo za nią tęskniłam ! Wyglądała tak jak ją zapamiętałam.
- Phoebe ? Moja kochana Phoebe ?! Wiedziałam, że kiedyś przyjdziesz - Babcia wyglądała na szczęśliwą i zaskoczoną - nie wiedziałam, że tak szybko.
- Cześć, babciu. - przytuliłam się do niej.
- Wejdź, wejdź do środka. Oh, przepraszam, wejdźcie. Co to za młodzieniec ?
- To... to mój... chłopak Clay. - To pierwsze mi przyszło do głowy. Cholera. Dlaczego to  ?!
- Tak, miło mi panią poznać. - Uśmiechnął się do mojej babci Clay.
- Mi również, no już wchodźcie, wchodźcie.
Weszłam. Domek był taki sam jak zapamiętałam. W powietrzu unosił się zapach lawendowego kadzidełka. Usiadłam na kanapie w salonie. Na ścianach wisiały zdjęcia. Między innym moje, kiedy byłam mała. Firanki w oknach nadal były te same. Właściwie to nic się nie zmieniło. Z kuchni słychać było dźwięk wody gotującej się w czajniku. Zachciało mi się płakać. Clay usiadł obok mnie. Nie patrzył na mnie. Nie odzywał się. Wyglądał jakby był na mnie zły. Co najmniej zły. Babcia przyszła niosąc na tacce herbatę i ciasteczka cynamonowe.
- Smacznego. - uśmiechnęła się przyjaźnie. Zaczęliśmy jeść ciasteczka i popijać je herbatą. Rozmawialiśmy późno, aż do samego wieczora. Mieliśmy tyle zaległości. Bardzo dużo tematów. Nawet Clay ożywił się trochę przy rozmowie, ale nadal wydawał się zły i niedostępny. A przecież dzisiaj w południe jeszcze się całowaliśmy i był zupełnie inny.
Późnym wieczorem gdy wychodziliśmy przytuliłam mocno babcię i powiedziałam, że jeszcze przyjadę. Była chyba bardzo szczęśliwa i wybaczyła mi wszystko.
Ostatnie co pamiętam to to, że wsiadłam do samochodu i jechaliśmy chwilę, a potem pisk opon i krzyk. Potem chyba zemdlałam.

sobota, 23 lipca 2011

12. Clay

Nie wiem, co ja sobie myślałem.
Ale na pewno nie mogę dopuścić do drugiego razu. Kocham ją całym sobą. Dlatego muszę uważać, jeśli chcę ją ponownie zobaczyć. Wolę mieć ją ze sobą i trzymać na dystans uczucie, którym darzymy siebie nawzajem, niż zniknąć ze wspomnieniami dla kary za niewybaczalną miłość. Bez pamięci, którą zajęła w całości, gdy po raz pierwszy ujrzałem jej twarz.

środa, 20 lipca 2011

11. Phoebe

Obudziłam się wypoczęta i gotowa do dalszych zadań. Usłyszałam głos w głowie.
- Phoebe, słyszysz mnie ? To telepatia, możesz mi odpowiedzieć. - słyszałam wyraźnie głos Clay'a.
- T...tak... słyszę cię. Co mam robić ?
- O dwunastej bądź pod domem, przyjdę po ciebie, dobrze ?
Spojrzałam na zegarek. Mam 30 minut.
- Dobra. Pa
- Pa, Phoebe...
Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic i ubrałam się w jakieś ubranie ze ''starej'' szafy. Jeśli się nie mylę to jeśli mogę wykonywać zadania nie po kolei to dzisiaj odwiedzę babcię. Już nie mogłam się doczekać.
Punkt dwunasta stałam pod domem. Tata był w pracy, więc nie musiałam się tłumaczyć. Pod dom przyjechał Clay. Przyjechał ! Swoim czarnym kabrioletem... wow...
- Zapraszam do środka - powiedział po ucałowaniu mojej dłoni i otworzeniu mi drzwi.
Poczułam się bardzo fajnie. Wsiadłam do środka na miejsce pasażera. Clay usiadł za kierownicą i zapalił silnik. Ruszyliśmy gdzieś.
- Clay, ale... jesteś już widzialny ?
- Oczywiście. A co... samochód widmo ? - Uśmiechnął się do mnie.
Zachichotałam. Dalej jechaliśmy w ciszy.
 Dopiero po 20 minutach spytałam się:
- Gdzie my jedziemy ?
- Na przejażdżkę. - Z jego twarzy nie znikał chytry uśmieszek.
- Clay, gdzie jedziemy ?! - powiedziałam głośniej, a potem się zaśmiałam.
- A gdzie chcesz jechać ?
- A ty ?
- Gdziekolwiek, byle tylko z tobą.
Zarumieniłam się. Byłam zszokowana. I on chyba też się zawstydził.
- Przepraszam. Jedziemy do twojej babci. Tak ?
- Tak.
Teraz już wiem co o mnie myśli. I byłam z tego zadowolona. Lubił mnie. Ja jego też.
Zatrzymaliśmy się przy drodze. Widać stąd było mały domek babci. Gdy wysiadałam, przypomniałam sobie, że nie jadłam śniadania, ani kolacji, byłam strasznie głodna. Było mi słabo. Zachwiałam się i oparłam ręce na kolanach. W tej chwili koło mnie zjawił się Clay.
- Wszystko dobrze ?
- Tak... tylko... - W tej chwili nie zastanawiając się długo spojrzałam mu w oczy, a widząc w nich to samo uczucie, powoli go pocałowałam. Odwzajemnił pocałunek. To trwało chwilę, bo później zorientowaliśmy się, że nie możemy. Spojrzeliśmy na siebie zawstydzeni, a później odwróciliśmy wzrok. Całą drogę do domku babci, nie odezwaliśmy się słowem. Jak mogę teraz myśleć o jakiejś miłości ?! Przecież mam sto razy ważniejsze rzeczy na głowie. Ale mimo to... naprawdę mi się podobało.

poniedziałek, 18 lipca 2011

10. Clay

Przez całą noc czytałem dziennik. Gdy rano wychodziłem z łazienki, pomyślałem, czy dobrze by było skontaktować się z Phoebe. Jednak odrzuciłem od siebie tą myśl. Mogła jeszcze spać. Kompletnie nie wiedziałem o zrobić. W końcu jakieś 20 minut później usłyszałem głos w mojej głowie.
- Clay? - nawoływała Phoebe - Słyszysz mnie? Clay?
Zerwałem się i szybko odpowiedziałem.
- Phoebe? - nie potrafiłem opanować drgania w moim głosie - Słyszę! Cieszę się że udało Ci się ze mną skontaktować - naprawdę byłem z niej dumny!
- Mam przyjść do Ciebie? - zapytała - Czy może Ty do mnie? A może pójdziemy do parku? Albo na lody?
Załapałem, że to nie jest Phoebe.
Elizabeth pojawiła się z cytrynowej mgły. Na jej ustach malował się szyderczy uśmiech. Poczułem, jak gotuje się we mnie ze złości.
- Noto jak? Na piknik? - zaśmiała się. Nie byłem w stanie wykrztusić żadnego słowa. - Oh, Clay, mój ulubieńcu!
w końcu otrząsnąłem się. Rzuciłem Elizabeth ostre, pełne wściekłości spojrzenie.
- Daj spokój, Clay - zachichotała - Ot, takie żarciki, mój aniele.
- Skończ - warknąłem - Mów lepiej, po co przyszłaś. Nie mam całego dnia.
Pożałowałem od razu mojej ostrości w głosie.Elizabeth obruszyła się. Taaak, była już obrażona.
- Wizyta towarzyska - prychnęła - Musiałam sprawdzić, czy jeszcze nie poddałeś się miłościom. Nawet mi by się nie uśmiechało, gdyby cię wywalili. Co jak co, ale twoje odejście byłoby wielką stratą.
Odwróciła się na pięcie i już miała zniknąć, kiedy zerknęła na mnie przez ramię i rzuciła troskliwym tonem:
- Nie daj sobie podciąć skrzydeł - po czym znikła w dymie.

niedziela, 10 lipca 2011

9. Phoebe

 3. Odmówienie przemytu narkotyków dla koleżanki
Pamiętam. Koleżanka była koleżanką tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie chciała... Ale odmówienie jej teraz nie będzie trudne. Później i tak się pokłóciłyśmy.
4. Poprawienie swojej oceny w szkole.
Tak, to może sprawić trochę problemów. Nie uczyłam się prawie przez cały rok. No ale trzeba będzie się pouczyć. Pewnie będzie chodziło o zaliczenie sprawdzianu, którego totalnie oblałam.
5. Zapobiegnięcie kradzieży dziennika.
Hmm...  Z tym też może być trochę problemu. AJ znowu będzie coś podejrzewał, jeśli zacznę mu tłumaczyć co jest dobre, a co złe. No, ale coś wymyślę. I chyba mówiąc to traciłam coraz bardziej wiarę w siebie.
6. Oddanie skradzionych butów.
Zapomniałam o nich jakiś miesiąc temu. Hmm... to znaczy miesiąc przed wypadkiem. Wstałam z łóżka i podeszłam do mojej szafki z butami. Z najniższej półki wyjęłam pudełko. Te buty są wspaniałe ! Najpiękniejsze jakie widziałam, a do tego takie drogie. Nie chcę ich oddawać. Niee. No dobra, Phoebe. Będziesz musiała to zrobić. To było złe ukraść te buty. Bardzo złe. Walczyłam ze sobą wewnętrznie, ale i tak wiedziałam, że muszę je oddać. W końcu, chcę żyć, no nie ? Schowałam te cudowne czarne buty, z cienkimi błyszczącymi paskami i obcasem wysadzanym błyszczącymi czarnymi kamyczkami do szafki.
7. Uniknięcie jarania za kościołem.
Był tam taki przystojny chłopak, który zawsze mi się podobał i po tym jaraniu całowałam się z nim. Szkoda, że będę musiała z tego zrezygnować. Chociaż, teraz, nie wydaje mi się tak atrakcyjny... W porównaniu do Claya. Chyba się zarumieniłam. Nie mogę o nim tak myśleć ! On jest Aniołem. Ja i on - to nie wyjdzie. Poza tym, on pewnie ma już swojego anioła. Uśmiechnęłam się smutno. Clay zachowuje się trochę jakby miał jakieś trudności z patrzeniem na mnie. No chyba nie jestem aż taka brzydka. Zawsze się podobałam chłopakom, ale może Clay jest inny. Może... nie lubi rudych ? Ok, nie będę teraz o tym myślała.
8. Pomóc AJowi wyjść z nałogów.
Jedna z najtrudniejszych misji. Tak, do tej pory najtrudniejsza.
9. Odnowienie stosunków z babcią.
Nagle zachciało mi się płakać. Nie pamiętam nawet jak wygląda. Tak bardzo zawsze chciałam ją odwiedzić, ale jakoś nie było okazji. Byłam głupia. Jutro chcę odwiedzić babcię. Muszę zapytać Claya czy misje muszę robić po kolei. Pamiętam, że jak byłam mała i moja mama jeszcze żyła, to odwiedzałyśmy babcię na jej małej farmie. To jakieś pół godziny drogi. Mam nadzieję, że babcia jeszcze tam mieszka.
10. Odkręcić postanowienie spalenia fabryki.
Wow. Ktoś chyba sobie ze mnie kpi. To są decyzje rady miasta. Ale... gdy spalono fabrykę to wybuchł jakiś tam zbiornik i to w jakiś tam sposób zanieczyściło powietrze. I może o to chodzi. Będę  musiała udowodnić... hmm... Radzie Miasta (!), że spalenie fabryki będzie niebezpieczne dla ludzi mieszkających niedaleko. Tylko jak ?! No nie wiem. Chyba jestem bardzo  śpiąca. Weszłam pod kołdrę i zgasiłam lampkę. Chciałabym się jeszcze jakoś porozumieć z Clay'em. Powiedzieć mu dobranoc. Ale nie wiem jak... Zasnęłam.

sobota, 9 lipca 2011

8. Clay

Usiadłem przy biurku i wyjąłem dziennik. Otworzyłem go na czystej stronie, jak co dzień. Próbowałem sobie poukładać wszystko, co zapisać.
Mijały godziny, a kartka była nadal biała.
- To bez sensu... - mruknąłem.
Wiedziałem, że dzisiaj nic nie dam rady napisać. Phoebe była bezpieczna w domu z ojcem, nie było sensu jej pilnować. Zresztą pewnie i tak dziewczyna chce mieć trochę prywatności.
Nie miałem co ze sobą uczynić. Jako Anioł, nie spałem. Otworzyłem więc dziennik na pierwszej stronie. Od razu posypały się wspomnienia...
Był rok 1926. 10 kwietnia - moje 17 urodziny... Wszystko pamiętam tak dokładnie... kiedy właśnie pragnąłem o tym zapomnieć...
Rano matka i ojciec złożyli mi życzenia z okazji urodzin. Na nic więcej nie liczyłem. W domu nie dość że było 6 dzieci i rodzice klepali biedę, to jeszcze ja, jako ich najstarszy syn, sprawiałem im najwięcej problemów.
Wyszedłem z domu. Oczywiście, moje urodziny, jak mogłem pomyśleć, żeby do szkoły pójść! To był M Ó J dzień. Mogłem robić co mi się podoba, więc zamiast skręcić w lewą drogę prowadzącą do budy, poszedłem przez miasto, do opuszczonego domu - miejsce spotkań z kumplami, moimi przyjaciółmi, którzy jako jedyni mnie rozumieli. Taki oczywiście był wtedy mój system myślenia. Nie, inni też by mnie oczywiście zrozumieli. Tylko że ja nie dałem im możliwości zrozumienia mnie.
Przywitałem się z kolegami, wśród których była Megan - moja dziewczyna. Od razu wyciągnęli papierosy i alkohol. Zapaliłem, wypiłem jedną butelkę piwa. Drugą butelkę, trzecią, czwartą... Chyba później poszliśmy nad jezioro, bo wiem że znaleźli mnie utopionego. Znalazłem się nagle w białej przestrzeni. Pamiętam, że musiałem poprawić swoje przeszłe życie.
I tak zaczęła się moja wieczność.

piątek, 8 lipca 2011

7. Phoebe

Byłam tak zmęczona, że nawet nie wiem jak znalazłam się w domu. Weszłam.
- Cześć tato. - uśmiechnęłam się do niego najładniej jak umiałam - Przepraszam, że tak późno, ale trochę się zasiedziałam u - zrobiłam niewielką przerwę - koleżanki. Mam nadzieję, że nie jesteś zły.
Tato popatrzył się na mnie jak na wariatkę. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego. No tak, przez niecałe sześć lat prawie wcale się do niego nie odzywałam, po tym, jak zapisał mnie do prywatnej szkoły. Teraz zrobiło mi się go szkoda.
- Tato, ja... przepraszam. - Zaczęłam nieśmiało - wiem, że byłam okropna przez te kilka lat, ale teraz na prawdę chcę się poprawić.
- Kochanie.... - mój tata chyba na serio się wzruszył - Co się stało, że zmieniłaś zdanie ? Ja też przepraszam, ale... bez mamy jest tak trudno.
- Ja chyba już dojrzałam i zrozumiałam, że to nie twoja wina. - przytuliłam się do niego, a on odwzajemnił uścisk. Nie czułam się tak już od wielu lat. W głębi duszy tęskniłam za tym.
- Teraz pozwól, że się umyję i pójdę spać. - uśmiechnęłam się - jestem bardzo zmęczona.
Po drodze do łazienki zastanawiałam się czy to nie za duży szok dla taty. Nie wiedziałam czemu, ale teraz na prawdę nie żywiłam do niego takich uczuć jak kiedyś. Coś się we mnie zmieniło.
Gdy wyszłam już po długim prysznicu z zaparowanej łazienki, przebrałam się w piżamę i poszłam do pokoju. Z tylnej kieszeni w jeansach wyjęłam pomiętą karteczkę ze swoimi misjami. Siadłam na łóżku i zaczęłam uważnie czytać.
1. Zapobiec kradzieży napoi i alkoholu ze sklepu przy stacji benzynowej.
Ta linijka była przekreślona różową, cienką kreską. Ale... pod nią była kolejna linijka tak samo przekreślona:
2. Przeproszenie i poprawienie stosunków z ojcem.
No proszę. Nieświadomie wykonałam kolejną misję ! Uśmiechnęłam się do siebie. Zostało jeszcze kilka punktów. Zaczęłam czytać je z niesamowitym skupieniem.

6.Clay

Weszliśmy do mojego mieszkania. Było małe, niezbyt imponujące. Starałem się go urządzić tak, aby było w nim dużo światła i przestrzeni.
Popatrzyłem na Phoebe. Na jej ustach malował się jej piękny uśmiech. Spojrzałem na nią pytająco.
- Porządek - uśmiechnęła się szerzej - Byłeś przygotowany, czy jak? - zaśmiała się.
Sparaliżowany byłem. Miała taki cudny śmiech! Musiałem jak najszybciej się opamiętać. Uśmiechnąłem się.
- Może - pozwoliłem sobie trochę pożartować - Salon jest na prawo - wskazałem i dodałem - Rozgość się, tymczasem ja lecę po coś do picia.
Poszedłem do kuchni. Musiałem jak najszybciej doprowadzić się do porządku. Nie, Clay! Ona jest człowiekiem! Nie można jej kochać! Zakazane!
Uderzyłem się ręką w czoło i wróciłem do salonu. Phoebe siedziała na kanapie. Spojrzała na mnie swymi niesamowicie zielonymi oczami. Serce mi mocniej zabiło. Cholera, muszę panować nad sobą!
- Zapomniałem spytać - zarumieniłem się. Kurde! Musiałem!? - Co podać? Lemoniada, sok, kawa, herbata, cola... - wymieniałem
Przerwała mi z uśmiechem.
- Poproszę sok. - rzekła Phoebe - Hmm... jeśli masz to smak owoców leśnych, dobrze?
Kiwnąłem głową. i pobiegłem do kuchni. Uff, miałem napój zgodnie z zamówieniem ślicznej. Miałem ochotę dać sobie w twarz! Ona nie jest śliczna! Znaczy OCZYWIŚCIE ŻE JEST! Ale nie mogę o niej w ten sposób myśleć! Potrząsnąłem głową. To szaleństwo! Nie można, Clay! N I E  M O Ż N A !
Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem z napojem i szklankami do Phoebe.Postawiłem wszytko na szklanej ławie i nalałem soku w szklanki.
- Nieźle Ci poszło, Phoebe - uśmiechnąłem się, póki była okazja - Ciekawe, co AJ pomyśli, kiedy zobaczy że ma kamienie w plecaku... Było piwo, nie ma piwa.
- Tak - zaśmiała się znowu, ale zaraz spoważniała - Następna misja też będzie?
Pokiwałem głową. Żal mi się jej zrobiło. Bała się. Widziałem to na jej twarzy.
Ale nic nie mogłem na to poradzić.
- Nie martw się. Na dzisiaj wystarczy. - pocieszałem ją - Po odpoczynku wrócisz do domu - widząc zdziwienie, które pojawiło się na jej twarzy, wytłumaczyłem - Cofnęłaś się w czasie. Żyjesz jak dawniej, z ojcem. Dlatego do niego wrócisz. Spokojnie, skontaktuję się z Tobą w razie potrzeby. - przerwałem na chwilę, marszcząc brwi w zamyśleniu - Sądzę, że ty też będziesz potrafiła.
Pół godziny minęło. Wstałem, a ona prowadziła za mną wzrok.
- Wybacz - uśmiechnąłem się smutno - Ale twój ojciec się martwi. Odprowadzić Cię?
Aż trudno mi było silić się na obojętność. Tak chciałbym, żeby została...

czwartek, 7 lipca 2011

5. Phoebe

 - Totalnie załamana ! - krzyknęłam jeszcze raz.
- Hej, malutka. - usłyszałam głos AJa. - do kogo się tak wydzierasz ? - kurde, chyba muszę się opanować.
-Ja... tak tylko sobie śpiewam. - powiedziałam nieśmiało. Popatrzyłam na Clay'a. Odwzajemnił spojrzenie. Patrzył spokojnie i zachęcająco. AJ go nie widział.
-Tak, tak, jak tam chcesz, maleńka. Chodź na naszą małą misję. - AJ objął mnie w talii i delikatnie popchnął w stronę wejścia do sklepu. - No, co się tak opierasz ?
- Ja nie jestem do końca pewna czy dobrze robimy. - patrzyłam się we wszystkie strony, byle tylko nie spojrzeć w oczy AJ'owi.
- Co ty mówisz ? Chodź, idziemy !
- No ale...
- Dobrze wiesz, że jak ze mną nie pójdziesz to pójdę sam.
- No dobrze. Już idę.
Popatrzyłam z przerażeniem na Clay'a. ''Pomóż''- próbowałam mu bezgłośnie to powiedzieć. Ale on tylko szedł za nami spokojnie do sklepu. Pamiętam, że jak tylko weszliśmy do sklepu mieliśmy skręcić w lewo do działu z napojami i alkoholem. AJ chciał wziąć bardzo dużo, a potem iść wypić to wszystko ze mną i kolegami. Ja wypiłam bardzo mało, ale AJ wypił więcej niż zwykle. Chciał się ze mną całować i pewnie nawet coś więcej. Ja uciekłam. Potem AJ leżał w szpitalu przez trzy dni. Nie chcę żeby to się stało.
AJ pakował już butelki do plecaka. Starsza pani za kasą nie mogła nic widzieć. Kamer nie było.
- Teraz tylko zatrzymaj czas - usłyszałam szept Clay'a.
- Co ?! O tym nie było mowy.
- Bo tego nie było w planach. Ale ja ci pomagam. I lubię cię. Dlatego możesz sobie zatrzymać czas. W zamian za jeden uśmiech.
Popatrzyłam na niego. Jego błękitne oczy były niesamowite. Niesamowite było wszystko. I jego prawie niewidzialne piegi, i jego białe równe zęby uśmiechające się do mnie w tej chwili. Jeszcze go nie znam. Ale chyba też go lubię. Uśmiechnęłam się.
- Dziękuję... Twój uśmiech jest piękny - miałam straszną ochotę go poznać - teraz tylko pstryknij palcami.
<pstryk>
AJ przestał się ruszać. Właśnie zapinał plecak i miał skierować się do wyjścia. Wiedziałam co robić. Rozpięłam z powrotem plecak. Butelki schowałam na inną półkę. Pobiegłam na parking przed sklepem i wzięłam z stamtąd kilka niedużych kamieni. Włożyłam je do plecaka i go zapięłam.
<pstryk>
AJ założył plecak na ramię.
- No to co, maleńka. Idę do kasy kupić lizaka i idziemy. - przesłał mi całusa
- Tak, tak. - ''tylko nie chowaj lizaka do plecaka. Proszę '' - dodałam w myślach. Na szczęście od razu odwiną go z papierka i włożył do ust. Potem się spytał, czy też chcę polizać. ,, Blee, nie'' pomyślałam i tylko skrzywiłam się w odpowiedzi. Clay się uśmiechnął. Wyszliśmy ze sklepu.
- Przepraszam Cię AJ, ale muszę iść do domu. No wiesz... stary... Ale zostaw coś dla mnie - mrugnęłam do niego z udawaną radością.
- No dobra. Ale to twoja strata. Pożegnaj się ładnie. - powiedział z chytrym uśmieszkiem
- Pff. Chciałbyś. - odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu. Czułam, ze jeszcze przez chwilę się na mnie patrzy. Clay szedł za mną.
- No dobra, Clay. To gdzie teraz ?
- Teraz zapraszam cię do siebie na odpoczynek po pierwszej misji. Napijemy się czegoś - gdy spojrzałam na niego ze strachem dodał : - Bez alkoholu.
- No dobrze, niech będzie. - udawałam, że nie robi na mnie wrażenia.
Oboje uśmiechnęliśmy się do siebie.

4.Clay

Tak więc wylądowałem z moją piękno... z tą dziewczyną w...
- 2010 rok, San Francisco. - powiedziałem niewzruszonym tonem - Zaczynasz.
- Ja? - przeraziła się - Czy ty... ty nie miałeś mi pomagać?!
Była taka słodka, kiedy była przestraszona. Chciałem ją teraz przytulić. Nie! Przestań, Clay! Misja, nie miłostki!
- Tak tak... ale tylko w chwilach załamania. Problemy musisz sama odkręcić.
- ZAŁAMANA JESTEM TERAZ! - krzyknęła.
Nagle usłyszeliśmy głos za naszymi plecami

środa, 6 lipca 2011

3. Phoebe

 Nie wiedziałam kim on jest. No i w ogóle nie widziałam gdzie jestem ! Wszędzie było biało. Dziewczyna, którą zobaczyłam ubrana w białą, zwiewną suknię, była bardzo zgrabną blondynką. Obok niej stał chłopak w moim wieku, ubrany w białą koszulę i jasne spodnie. Był także blondynem o dużych oczach w pięknym odcieniu błękitu.
- Nazywam się Clay - powiedział chłopak. Na początku wyglądał jakby się mną zainteresował, lecz chwilę później jego mina stała się poważna i nieprzenikniona. - Phoebe, jesteś o krok od śmierci. Lecz nie umrzesz. Moja koleżanka, Elizabeth, wszystko Ci powie.
Totalnie zaniemówiłam. Jaja sobie robili, czy co ?!
- Jesteśmy z Białego Wymiaru. Czasami zdarza się tak, że schodzimy na Ziemię, by pomóc ludziom takim jak Ty. Wszyscy wiemy, że nie byłaś zbyt grzeczną dziewczynką - uśmiechnęła się Elizabeth - Ale masz szansę to zmienić. Przyszliśmy akurat do ciebie, ponieważ w głębi serca jesteś wspaniała i dobra, a twoja aura jest nieprzenikniona i całkowicie biała. Masz wielką moc, Phoebe.
Spojrzałam na Claya. Był niesamowicie przystojny, ale... nie, teraz nie na to pora. Zastanawiałam się co powiedzieć.
- Czy... ja... gdzie teraz jestem ? - spytałam cicho.
- Teraz jesteś między Ziemią, a Białymi Wymiarami. Czas za Ziemi płynie inaczej, więc nie masz się o co martwić. Aktualnie leżysz w szpitalu, jesteś w śpiączce. - Elizabeth starała mi się wszystko wytłumaczyć.
- No dobrze... - nie rozumiałam prawie nic, tylko tyle, że miałam wypadek i utknęłam g d z i e ś z dziwnymi ludźmi ubranymi na biało. - Co mam teraz zrobić ?
- Oh, czekałam aż zadasz to pytanie - Elizabeth sięgnęła do kieszeni w swojej sukience. Wyciągnęła z niej pomiętą karteczkę. - Uff, cóż, to będzie trudne, ale będziesz musiała cofnąć się do przeszłości i naprawić wszystkie szkody, które wyrządziłaś innym. Nie będziesz jednak mogła przy tym robić nic innego co wpłynęłoby na bieg wydarzeń w teraźniejszości. Na tej karteczce masz ludzi, którym wyrządziłaś krzywdę oraz co masz naprawić. Żebyś się nie załamała - podała mi karteczkę uśmiechając się życzliwie - twoim pomocnikiem będzie Clay. I mam wrażenie, że się dogadacie - powiedziała z westchnieniem i lekkim rozbawieniem.
Szok był ogromny. Może mi się to tylko śniło ? Wątpię. Aż taka szalona nie jestem.
- No dobrze, niedługo przenosicie się do 2010. Masz szesnaście lat, ale oczywiście wyglądasz tak jak teraz, jednak nikt tym się nie zdziwi. 21 stycznia. Pamiętasz co się wtedy wydarzyło. Sklep na stacji benzynowej. Ty i AJ. Chcecie ukraść napoje, a AJ chce ukraść alkohol. Twoim zadaniem jest go powstrzymać.
No tak, pamiętam. Następnego dnia AJ leżał w szpitalu. Mieliśmy pecha. W ogóle nie chciałam tego kraść, no ale wtedy AJ by się zezłościł. I jak ja mam do cholery mu powiedzieć żeby nie kradł ? Zabije mnie ! Nie, przepraszam, ja już jestem zabita !
- Jesteś gotowa, Phoebe ? - uśmiechnął się do mnie Clay (ohh jak on pięknie się uśmiecha). Od razu zrobiło mi się lepiej, ale... Nie, wcale a wcale nie byłam gotowa.

2. Clay

Zobaczyłem ją. Świat nagle stanął w miejscu, jakby ktoś go zamroził. Miała piękne włosy. Rude. Od tej chwili uwielbiam długie, rude włosy. Jej twarz była... nieziemska, jakby świeciła swym pięknem. To była chwila. Później nagle znikła. Nie potrafiłem wyjaśnić. Była jak zjawisko na nocnym niebie, niepowtarzalne i niesamowite.
Elizabeth popatrzyła na mnie, a ja z trudem oderwałem wzrok od tego miejsca i spojrzałem na nią.
- Zastanawiasz się, dlaczego ona się pojawiła? - zapytała spokojnym głosem
Potrząsnąłem głową. Wiedziałem, że sobie ze mnie szydziła.
- Co jej się stało?
- Wypadek samochodowy. Nie miała szczęścia.Jest w śpiączce.
Nie wiem czemu. Byłem aniołem, a rozpaczałem nad zupełnie obcą mi dziewczyną. Lecz nie mogłem tej myśli do siebie dopuścić. W tej obcej dziewczynie było coś, co mnie do niej przyciągało. Jakby była tą jedyną. Z przerażeniem odepchnąłem tą myśl od siebie.
Elizabeth jakby mnie słyszała.
- Wiesz przecież, że nie możesz wiązać się ze śmiertelniczką. Nie zapomnij o tym. Kary za taki wybryk są duże. - pouczała mnie dalej - Niewybaczalne...
- Wiem.
W tej chwili dziewczyna ponownie się pojawiła. Serce we mnie zamarło. Uczucia będę ukrywał. Nie mam zamiaru robić ukochanej nieznajomej kłopotów.

1. Phoebe

Usłyszałam budzik. ,,Cholera, znowu do szkoły'' - pomyślałam. Oto ja. Phoebe. Jestem nastolatką, hmmm, można by powiedzieć, że niezbyt zwyczajną. To ja zawsze miałam najgorsze zachowanie w klasie, no dobra, w całej szkole, moim jedynym przyjacielem był AJ, który od kilku miesięcy nie chodzi do szkoły, bo został zamknięty w poprawczaku. Musiał jeszcze po drodze ze dwa razy pójść na odwyk. Dlaczego taka jestem ? Sama nie wiem. Zawsze chciałam się zmienić, ale to jakoś nie wychodziło. Gdy chciałam komuś pomóc, nikt mi nie wierzył, nikt nie chciał ze mną gadać. W końcu dałam sobie spokój. Teraz jestem jaka jestem. Mój ojciec, który chciał zrobić wszystko, żeby mnie ''poprawić'' wysłał mnie do prywatnej szkoły. Strasznie go za to znienawidziłam. Totalnie nie mogę się dogadać z tymi przylizanymi człowieczkami z klasy. Owszem, są czasami mili, ale nie dla mnie. Nauczyciele też chyba za mną nie przepadają. Myślę, że bardziej odpowiednim słowem było by ''nienawidzą mnie''. No ale cóż...
Wstałam, ubrałam się. (Od razu uprzedzając wasze wątpliwości, ubieram się jak normalna dziewczyna, nie na czarno i nie maluję się na pandę, prawie w ogóle się nie maluję, tylko czasami poczerniam swoje rzęsy, mam ciemno rude włosy i na serio nie wyglądam jak ''emo'' ani nic innego). Spojrzałam za zegarek. 5 minut do mojego autobusu. Nie, teraz nie chciałam się spóźnić. Nie dzisiaj. Chociaż raz. Wybiegłam z domu biegiem. Chyba nawet zapomniałam zamknąć drzwi. Biegłam do przejścia dla pieszych. Przystanek był po drugiej stronie ulicy. Już widziałam nadjeżdżający autobus. O nie, dzisiaj się nie spóźnię. Zdecydowałam. Przebiegłam szybko przez ulicę nie patrząc, czy coś jedzie. Nie, wcale nie przebiegłam. Usłyszałam tylko coś... Jakby trąbienie samochodu i krzyki, pisk opon. Poczułam ból, ale tylko przez chwilę, później nie czułam nic. Przecież nie umarłam.
I wtedy zobaczyłam światło, a w nim Ją i Jego. Byli piękni. A szczególnie On. Wtedy chyba zasnęłam, bo nie pamiętałam nic więcej.